wtorek, 18 lipca 2017

Prokurator Pauliny Świst- w poszukiwaniu Zimnego.


Jakiś czas temu otrzymałam od Wydawnictwa Muza powieść Prokurator autorstwa Pauliny Świst. Ta trzydziestoletnia kobieta jest z zawodu Panią Adwokat, a jej książka nie odbiega od tematyki jaką zajmuje się codziennie. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze czytam opinie w internecie na temat książki jaka trafia w moje ręce. Po przeczytaniu recenzji na temat Prokuratora moja ekscytacja zmalała i przyznam szczerze, że po przebrnięciu przez kilka pierwszych stron miałam ochotę porzucić tę historię. Zdarza mi się ostatnio to dosyć często. Omijam kultowe tytuły wielkim łukiem i siadam do nich dopiero wtedy, kiedy ich fama świeci już bardzo słabym blaskiem. Zmieniłam zdanie, kiedy zobaczyłam reklamę tej powieści na znanym wszystkim medium społecznościowym z błękitnym logo. Uznałam to jako zachętę. Zrobiłam więc podejście numer dwa. 


Z góry uprzedzam, to nie jest książka dla pruderyjnych osób, ani dla kogoś kto odwraca wzrok od tekstu czytając wulgaryzmy i zaczyna się rozglądać po pokoju, kiedy sceny erotyczne są opisywane w najmniejszych szczegółach. Ta książka płynie. Głównymi bohaterami są Adwokat- Kinga Błońska i tytułowy Prokurator- Łukasz Zimnicki. 

Ona to trzydziestoletnia, zdradzona przez męża kobieta, która jest osobiście zaangażowana w sprawę psychopatycznego mordercy- "Szarego". On to wieczny lovelas, czterdziestoletni samotny mężczyzna, który na swój urok osobisty i wygląd podrywa studentki wpatrzone w niego maślanymi oczami. Ona trafia do Gliwic, aby tam bronić w sprawie, która wydaje się być długoterminową batalią, a On stoi po drugiej stronie w roli oskarżyciela.  Ta para poznaje się nie na sali rozpraw, a w łóżku i to w okolicznościach jakie żadne z nich nie przewidywało. Bezimienny seks i samotny poranek wydają się być tylko jednorazową przygodą na jedną noc.  Obydwoje są dla siebie zagadką i wielkim zaskoczeniem, nie mogą sobie zaufać a ich pociąg do siebie zdaje się być trzecim głównym bohaterem książki. Chwyciłam to od momentu, kiedy przestałam się karać za czytanie chwilami słabych dialogów, a oddałam się akcji powieści. W końcu ja i autorka jestesmy w tym samym wieku, a ja chociaż nie jestem cenioną adwokatką, to pisałam pracę licencjacką z prawa karnego. Dalam nam druga szansę. Dodatkowo, kiedy trafiłam na krótkie powiedzenie, które padło gdzieś na pierwszych stronach- ZONK, to przypomniały mi się stare czasy i uznałam, że przecież te dialogi są dosyć prawdziwe. Tak się przecież mówi. Nikt w gronie osób, które zna,  nie używa górnolotnych frazesów, a w książce która od pierwszych stron kipi seksem nie znajdziemy scen pocałunków pod gwieździstym niebem. Taki ma mieć klimat. Połknęłam ją w dwa wieczory i wiecie co...czekam na więcej! Wpadłam w wir akcji i ta akcja nagle się urwała, a ja zapragnęłam więcej. Zaczęłam sobie nawet wyobrażać, kto mógłby zagrać rolę Zimnego, gdyby jakaś komercyjna stacja kupiła prawa do scenariusza. Nie znalazłam nikogo...no może Dorociński, albo Bobrowski. Ciężka sprawa z takim obsadzeniem roli. Czytając książkę możemy wyobrażać sobie bohaterów, zmieniać ich kolor skóry, nawet wymyślać sobie zapachy, które im towarzyszą. 





Nie jestem specjalnie nieśmiała, nie ograniczam się wybierając wciąż ten sam gatunek literacki i często muszę po prostu podejść do książki na swój, własny sposób. W wypadku Prokuratora Pauliny Świst, musiałam zaakceptować fakt, że to bardziej literatura kobieca, a wątek sensacyjny jest tu towarzyszącym jej smaczkiem. Każdy, kto przeczyta tę książkę zapewne tak samo jak ja potwierdzi, żę czyta sie ją bardzo szybko i całkiem przyjemnie. Akcja płynie i nie ma tutaj upychania kartek opisami budynku, stroju, ani nawet pogody jaka towarzyszy bohaterom. Strony przemykają przez palce jak szalone, nagle dochodzimy do ostatniej kartki i z lekkim rozczarowaniem zamykamy okładkę. Za szybko!

Zakończenie jednak rokuje, że być może za jakiś czas poznamy dalsze losy Kingi i Łukasza. Wino płynie do gardła, a ja nadal myślę, kto mógłby zagrać Zimnego...


Ciekawa jestem, czy Prokurator Pauliny Świst już wpadł w Wasze ręce, a może słyszeliście coś na temat tej książki? Koniecznie dajcie znać, co aktualnie czytacie. 

Będzie mi miło jeśli zostaniesz ze mną dłużej :). Zostaw po sobie ślad. 

środa, 12 lipca 2017

Różowa fantazja dla niebieskookiej- makijaż z paletką MAYBELLINE The blushed NUDES

Maluję się od piętnastu lat. Makijaż na początku był dla mnie krokiem w dorosłość, dziś kiedy jestem już osobą w pełni dorosłą, zauważyłam że poświęcam mu zdecydowanie mniej czasu. Niby ten czas mam i tak naprawdę mogłabym spędzać kwadrans codziennie rano na jego precyzyjne wykonanie. Z jakiegoś jednak powodu zaczynam uważać, że nie jest on mi już tak bardzo potrzebny. 

Odmładzam się na siłę? Może troszkę. Mając niespełna trzydzieści jeden lat stawiam raczej na makijaż ust, wyrównanie koloru skóry, podkreślenie brwi i wytuszowanie rzęs. Wciąż jednak z entuzjazmem spoglądam na moją niezawodna paletkę Zoeva Naturally Yours, ale nie sięgam po nią zbyt regularnie. Z wygody zaczęłam także wiązać włosy w kok na czubku głowy i od miesięcy zakładam hybrydy, aby nie musieć się martwić o zadbany wygląd moich dłoni. Wciąż oszczędzam minuty i wynajduję możliwości jak mieć go więcej na wykonywanie swoich codziennych obowiązków. Do czasu! Agnieszka zrobiła tak piękny makijaż dla zielonookich, że zapragnęłam i siebie dopieścić. Nie jestem żadną mistrzynią makijażu, nie było to też nigdy moją pasją. Są jednak takie dni w życiu każdej z Nas, kiedy chcemy sprostać jakiemuś zadaniu. Dla mnie w niedzielę tym zadaniem było stworzenie jakiegoś nietypowego jak dla mnie makijażu, ale zgodnie ze wskazówkami Agnieszki wykorzystałam odpowiednie dla mojej tęczówki kolory - padło na odcienie różu i bordo. 

Sprawa wyglądała tak. Niedziela, leniwy poranek, nagle Pan Mąż z entuzjazmem zaczyna się szykować na rodzinny obiad, a ja spoglądając na Instagram Agnieszki i na swoje szare lico w lusterku. Wtem wpadłam na pomysł, aby zrobić w końcu coś także z moimi powiekami. Przecież niedawno były promocje w Rossmannie i zainwestowałam niebagatela prawie 200 zł w kosmetyki, które przyciągały mój wzrok zakupoholiczki, a teraz smutno leżą w kuferkach na toaletce. Moja codzienna rutyna i prosty makijaż jest naprawdę nudny. Nie ma w nim niczego szczególnego, a paletka MAYBELLINE The blushed NUDES leżała na samym dnie kuferka. W pełni się zmobilizowałam, przełamałam i podjęłam próbę. Moja tęczówka jest niebieska, czasami szara, a kiedy się mocno wkurzę to podobno nawet granatowa ;). Nie wiem ile jest w tym prawdy, ale dla mnie po prostu mam oczy niebieskie i tak mam wpisane w dowodzie. Zostańmy więc przy tym fakcie potwierdzonym prawnie.






Makijaż nie jest skomplikowany, ja wykonałam go za pomocą trzech cieni z paletki The blushed NUDES - 4 i 5 z górnego rzędu i 5 z dolnego rzędu, a kąciki delikatnie przyciemniłam za pomocą ciemnego różu z połączenia mineralnego bronzera z różem do twarzy Lirene. 
Te kolory bardzo ładnie podkreśliły moje niebieskie oczy i co najważniejsze- makijaż można wykonać przy użyciu dwóch pędzelków- jednego płaskiego i jednego ściętego do blendowania. O ile makijaż okazał się być przyjemnością, to zdjęcia nadal są dla mnie wyzwaniem. Sprawia mi to niezłą karuzelę emocjo od ekscytacji po szał, kiedy wychodzi, że perspektywa jest fatalna. Uroki aparatu bez podglądu ;). 






Jak każda kobieta lubię czuć się wyjątkowo i tej słonecznej niedzieli to się udało. Skoro sam Pan Mąż zauważył, że wyglądam jakoś inaczej i że mu się ta zmiana bardzo podoba, to dla mnie dodatkowa mobilizacja, aby czasami poświęcić kwadrans na podkreślenie oka w inny sposób. Cienie przetrwały wysoką temperaturę i wyglądały dobrze przez cały dzień, niemniej jednak z przyjemnością przyjmę rady na temat sprawdzonych przez Was palet do makijażu i już niekoniecznie w bezpiecznych brązach :).

Agnieszko, dzięki za inspirację!






Będzie mi miło jeśli zostaniesz ze mną dłużej :). Zostaw po sobie ślad.

czwartek, 29 czerwca 2017

Jak zaplanować węgierską przygodę- Budapeszt, część 2.

Zaplanowanie podróży do Budapesztu było szybkie i tak jak pisałam w poprzednim wpisie, zacznę od głównego założenia- bilety lotnicze lepiej kupić samodzielnie, a na stronie np. booking.com, airbnb.pl lub innej można znaleźć fajne mieszkania lub hostele. Ważne jest uświadomienie sobie, że przy intensywnym zwiedzaniu miasta wystarczy jedynie baza noclegowa, nam naprawdę udało się zarezerwować fajną lokalizację z przyjazną i pomocną obsługą.

Bilet zakupiliśmy na stronie Wizz Air, czyli zdecydowaliśmy się na tanie linie lotnicze i podróż z bagażem  podręcznym. Należy pamiętać, że te linie mają swoje własne obostrzenia względem wymiarów bagażu podręcznego. Mieliśmy plecaki, a przed wejściem na pokład sprawdziliśmy czy mieszczą się w określonych przez Wizz Air gabarytach: 42x32x25 cm. Przy zakupie biletów lotnicznych zawsze należy sprawdzić informacje o odprawie. My odprawiliśmy się internetowo, przez co mogliśmy na lotnisku pojawić nieco później i zaoszczędziliśmy czas stania w niebotycznie długiej kolejce. Przed lotem warto pamiętać o ważnych rzeczach:

*zawsze miej przy sobie kartę pokładową
*przed kontrolą należy wyciągnąć z bagażu kosmetyczkę: dopuszczalna jest jedna kosmetyczka próżniowa z kosmetykami, które jeśli są płynami nie mają pojemności większej niż 100ml, *dopuszczalne jest wejście na pokład z jedną torebką z zakupami w strefie bezcłowej
*pamiętaj aby mieć aktualny i obowiązujący dokument tożsamości
*przed przejściem przez bramkę kontrolną należy ściągnąć metalowe przedmioty: biżuteria, zegarek, pasek, buty z metalowymi sprzączkami.
*nie wolno przenosić na pokład ostrych narzędzi w tym także pensety, nożyczek, scyzoryka.
*napoje należy spożyć przed kontrolą, nie wejdziesz z nimi na pokład samolotu
*błagam, nie wchodź na pokład samolotu pijany...wino można kupić w samolocie ;)





Po wylądowaniu w Budapeszcie nasze kroki skierowały się na przystanek autobusowy, do centrum jedzie autobus 200E, ale w połowie drogi należy przesiąść się na metro. Warto sobie wcześniej sprawdzić nazwę przystanku, na którym trzeba wysiąść, ponieważ w autobusie jest to pokazywane z opóźnieniem i do tego węgierski nie należy do łatwych języków.
Olbrzymim plusem jest fakt, że praktycznie wszędzie dogadasz się po angielsku, albo nawet po polsku. Troszkę uśmialiśmy się, kiedy na ulicy zagabujący nas sprzedawca pytał: "Where are You from?" i słysząc, że przyjechaliśmy z Polski z uśmiechem łamał słowa"Wyngier, Poliak dwa bratancki i do sabli i do sklanki.", no ale szklanką nie częstował...



My zazwyczaj nowe miejsca zwiedzamy kulinarnie. Po prostu lubimy rozkoszować się tradycyjna kuchnią, próbować nowych smaków. Najlepsze jak zawsze okazały się knajpki oddalone od centrum, wręcz schowane w zaułkach. Pierwsza knajpka, a raczej tawerna sprawiła, że stereotyp pierwszego schabowego, tatara, sernika stał się prawdziwy. Kolejne miejsca gastronomiczne nie były w stanie jej dorównać. Pamiętaj! Zawsze idź tam, gdzie jest wielu "tubylców". W w/w tawernie akurat trafiliśmy na całkiem sporą rodzinną imprezę i czekaliśmy ponad 20 minut na wolny stolik.



  Najlepszego Langosza, czyli must have po gulaszu węgierskim polecamy zjeść pod w budce pod Zamkiem Królewskim. Langosz to placek smażony na głębokim tłuszczy i serwowany z czosnkiem i solą lub w kombinacjach kwaśnej śmietany i sera żółtego. Nazywany węgierską pizzą jest także sprzedawany z ketchupem. Kolejny nie był w stanie dorównać pierwszemu. Znowu sprawdził się stereotyp pierwszego schabowego. Do tego obowiązkowo zimne piwo i bardzo dużo wody. W wielu miejscach w Budapeszcie są wodopoje, gdzie można wodę uzupełnić lub obmyć ręce, a dodatkowo warto wspomnieć, że tamtejsza woda jest pitna i w bardzo dużej mierze zmineralizowana. Nasze włosy i skóra były mięciutkie po tych trzech dniach. 




Co do noclegu sprawa wygląda następująco. W poprzednim wpisie podzieliłam się z Wami faktem ile udało się nam zaoszczędzić planując podróż samodzielnie. to była naprawdę spora kwota, praktycznie tyle wymieniliśmy waluty węgierskiej w kantorze. Warto zrobić to w Polsce, kantory węgierskie mają wyższe stawki. Poprzez stronę Booking trafiliśmy do fajnego miejsca, które znajdowało się bardzo w pobliżu centrum oraz stacji metra. Mieliśmy do dyspozycji całe mieszkanie z dwoma balkonami. Mieszkanie było w pełni umeblowane, były czyste ręczniki, suszarka, żelazko, deska do prasowania, pralka, lodówka, mikrofala, toster, nawet był korkociąg ;). No po prostu dolce vita! Szukając na bookingu kierujcie się tu Maple Tree Budapest. Mają przemiłą i bardzo pomocną obsługę, także w recepcji można zaopatrzyć się w darmowe mapki oraz napić kawy lub zimnego napoju. 





Czy warto zakupić bilet okresowy na przejazdy? Absolutnie nie! Dacie radę wszystko obejść o własnych siłach, a przy spacerowaniu i dzięki apkach w telefonach można naprawdę odnaleźć fajne miejsca, których nie opisują portale podróżnicze. Pieniądze jakie wydalibyście na biletu ( jeden przejazd 450 forintów) lepiej uzbierać w sumkę rejsu  Dunajem. Koniecznie idźcie do doku nr 10, gdzie za niewielką kwotę można odbyć krótki rejs. Polecam iść po 20 ale przed 21. Dzięki temu rejsowi zobaczyliśmy magiczną chwilę w Budapeszcie, kiedy zapalają się wokół niego wszystkie światła. Magia!







Warto także odwiedzić lokalną halę targową. Chociaż nie jest to punkt wyszczególniany przy planie zwiedzania, to dam sobie głowę urwać, że dla każdego gastronomicznego freaka będzie to niesamowite doznanie smakowe i zapachowe. Hala jest ogromna i mieściła się kwadrans drogi pieszo od naszego lokum. Otwierana jest od godziny 10.00 i jest czynna do 18.00. W hali targowej oprócz owoców i warzyw można zakupić tamtejsze wędliny, skosztować nalewek, zakupić pamiątki i przede wszystkim zaopatrzyć się w sakiewki z węgierską papryką. Najlepiej zakupić ją właśnie tam, ponieważ na każdym innym straganie cena była nawet dwukrotnie wyższa za identyczną. Hala jest piętrową i wyposażona w ruchome schody. Na piętrze mieszczą się budki z tradycyjnymi przysmakami, kawą i stoiska z pamiątkami. Skusiliśmy się tam na langosza z nutellą i lemoniady w wielkich słojach "po ogórkach". Niestety langosza jedliśmy tuż przed zamknięciem i nie był on najwyższej jakości, ale lemoniada była najlepszą na świecie! Pewnie smakowała nam tak bardzo z uwagi na temperatury jakie panowały podczas naszego całego pobytu. Spotkało nas szczęście opalania się podczas chodzenia i 32 stopnie ciepła. 










Podsumowując, naprawdę warto wybrać się do Budapesztu. To tętniące nocą i dniem miasto jest pełne wspaniałych miejsc do zwiedzania i zaskakuje od pierwszego kroku. Nie sądziłam, że ta podróż będzie powodowała na moich ustach tak wielki uśmiech. Przeglądając zdjęcia do edycji zapragnęłam znowu tam polecieć. W końcu została nam do zwiedzenia Wyspa Małgorzaty i przydałby się błogi dzień na tamtejszych termach.

Gdzie planujecie swoją kolejną podróż? Byliście już w Budapeszcie?



Będzie mi miło jeśli zostaniesz ze mną dłużej :). Zostaw po sobie ślad.

niedziela, 25 czerwca 2017

Prawdziwa perełka Europy - Budapeszt, część 1

Jednym z Naszych noworocznych postanowień było organizowanie spontanicznych podróży. Zawsze z wygody korzystaliśmy z biura podróży, a tym razem postanowiliśmy wziąć sprawy we własne ręce. Nie narzekaliśmy od początku roku na zbyt wiele straconych weekendów i doskonale nauczyliśmy się organizować sobie wolny czas, ale chcieliśmy wyrwać się gdzieś dalej i zobaczyć kolejny kawałek świata. Wiedzieliśmy, że z uwagi na intensywny tryb pracy nie uda nam się wyjechać na tydzień lub dwa w wakacje, postanowiliśmy więc odbyć krótsze podróże i korzystać z dobrodziejstwa tanich linii lotniczych, a także z szerokiej oferty stron z bukowaniem noclegów. Obiecaliśmy sobie, że będziemy szukać kolejnych lotów, bo naprawdę warto poświęcić więcej czasu i zaoszczędzić wiele pieniędzy. 

Na samym początku dosyć regularnie przeglądaliśmy stronę fru.pl i tamtejsze oferty wydawały się być bardzo przystępne cenowo, ale ciężko było nam trafić z terminem i noclegiem dla trzech osób. W podróż chciała się z nami bowiem wybrać moja koleżanka jeszcze ze szkolnych lat. Po kilku dniach śledzenia ofert prawie kupiliśmy wycieczkę z trzema noclegami do Budapesztu. Kiedy byliśmy już prawie przy końcu transakcji, brat mojego męża stwierdził, że może lepiej byłoby nam sprawdzić odziellnie loty, a z uwagi na częste wyjazdy Pan Mąż ma całkiem solidny rabat na stronie booking.com, więc sprawa noclegu mogłaby wyglądać lepiej niż . To był strzał w dziesiątkę. Okazało się na bezpośredniej stronie linii lotniczych jest właśnie ten oferowany lot, a na bookingu trafiła się nam nie lada gratka, bo za apartamentdla 3 osób na 3 noce zapłaciliśmy ok. 520 zł. Cały wyjazd zorganizowany samodzielnie okazał się być tańszy o jakieś 30% od tego, który oferowała strona wycieczkowa. 

Dla mojej koleżanki to był pierwszy lot, a dla mnie pierwsza wyprawa z bagażem podręcznym. Było przepakowywanie w domu przed wylotem...była obawa, czy rzeczywiście tylko tyle rzeczy mi wystarczy, a koniec końców wyszło tak, że musiałam zakupić na miejscu wygodne sandały i niepotrzebnie zabrałam ze sobą bluzę. Pogoda była wyśmienita! Nocleg mieliśmy blisko centrum, a Budapeszt jest tak skomunikowany, że nie potrzebowaliśmy żadnych biletów okresowych na przejazdy. Z metra i autobusu skorzytaliśy jedynie w drodze do hotelu i na lotnisko. Zwiedzania było mnóstwo i udało się nam zrealizować prawie każdy punkt wycieczki jaką zaplanowaliśmy. Odpuściliśmy jedynie Wyspę Małgorzaty, ale zawsze jest to powód do powrotu w to miejsce. 

Budapeszt zaskoczył nas pozytywnie! Nie spodziewaliśmy się, że wywrze na Nas aż takie wrażenie i z chęcią podzielę się z Wami wskazówkami i pięknymi widokami z tego urokliwego miasta. Oto mała garstka i pierwsza część zdjęć z Budapesztu. Czyż nie jest tam pięknie?



























Będzie mi miło jeśli zostaniesz ze mną dłużej :). Zostaw po sobie ślad.