piątek, 7 marca 2014

Rano sączę kawę i słucham jazz'u

Od pewnego czasu wstając rano rozpoczynam rytuał kawy. Przestałam słodzić ten aromatyczny trunek i to wcale nie za namową Pani Chodakowskiej, ale mojej osobistej Najlepszej Przyjaciółki. Po ponad 10 latach odkryłam zbawienny smak kawy o poranku, tej podobno prawdziwej, bo bez cukru. Trudno zaprzestać robienia jednej rzeczy, a niekiedy przecież przychodzi nam rezygnować z kilku naraz. W tym wypadku sprawdza się teza, że zmiany należy wprowadzać stopniowo. Każda zmiana niesie za sobą nowe doświadczenia, odkrywanie nowych zmysłów, dźwięków, zapachów...a nawet własnych myśli. Nie byłabym sobą oczywiście gdybym się przeciwko zmianom nie buntowała.
Wszelkie zmiany jakie przychodzi mojej osobie na dzień dzisiejszy doświadczać, wywołują we mnie różne, czasami mieszane uczucia. Najczęstszą formą tzw. ujścia emocji jest krzyk. Tak sobie krzyczę w domu śpiewając, a na zewnątrz często krzyczę na kogoś...ot tak! Bez powodu...
 Oczywiście nie krzyczę na przechodniów.
Oszczędzam także dzieci i staruszki.
Obrywa się najczęściej Jemu...bo wiem, że nie odkrzyknie tylko pozwoli mi zaciskać pieści i bez powodu pod nosem czy też prosto w twarz wywrzeszczeć co mnie boli, co doskwiera, co kłuje.
Dobrze, że mam wyrozumiałego faceta., "Mynża" jak to mawiam. Chociaż czasami jest strasznie upierdliwy w przystawaniu przy swojej racji, to na koniec i tak przyzna, że specjalnie tak robi. Podświadomie chyba sam wie, że ja teraz potrzebuje się wykrzyczeć. Kawa bez cukru też pomaga...ale fajniej byłoby ją wypić w innej scenerii.

Tym optymistycznym akcentem stwierdzę jedynie - Ufff, dobrze, żę nie tłukę talerzy! Chociaż chyba jednak jestem troszkę jędzą ;).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każda opinia jest dla mnie ważna :)