You Know Me Better

Od wczoraj chodzi mi po głowie piosenka Roisin Murphy. Przypominają mi się jeszcze nie tak odległe czasy, kiedy to czwartek stawał się dniem szalonych przygotowań do piątkowych tańców i hulańców. Całą paczką znajomych chodziliśmy do Piwnicy Czarnego Spichrza a następnie nad Wisłę. To niesamowite ile energii mieliśmy w sobie. Dziś, mając 29 lat, będąc od ponad 6 lat w związku, będąc posiadaczką dwóch kocurów, wyjście na imprezę jest wyzwaniem. Ciągle z koleżankami zastanawiamy się gdzie iść, jak będzie, a może nie będzie stolika....?! Wieczne wymówki, żeby zostać na kanapie w ciepłych kapciach i skończyć wieczór lampką wina do kolejnego odcinka The Suits.

Olbrzymią radość sprawia mi spędzanie czasu we własnym domu. Nagle z żywiołowej dziewczyny zamieniłam się w stateczną Kurkę domową. Nadal uwielbiam siedzieć do późna, wyjeżdżać, zwiedzać, ale piątek staje się już kolejnym dniem tygodnia a nie początkiem upragnionego i szalonego weekendu. Z biegiem czasu zamieniliśmy sobotnie wyjścia na sobotnie wesela, a wypoczynek niedzielny to plejada kina familijnego, lub pakiety seriali. Zmieniają się nasze potrzeby, zmienia się także krem pod oczy i coraz to częściej musimy sięgać po maseczki nawilżające na szyję i dekolt.

Po koncercie Lennego stwierdziłam, że kolejny spędzę na trybunach. Zaczął mi przeszkadzać tłok i ścisk. Każdy się przepychał, tak samo jak zapewne kiedyś ja na parkiet, czy po drinka do baru. Stwierdzenie"Każdy pachniał innym potem" nabrało naprawdę realnego wymiaru. Dawno, dawno temu, bo tak już chyba należy napisać jeździliśmy ekipą na pola namiotowe, festiwal Audioriver, teraz nawet mi przez myśl nie przejdzie, żeby zakupić karnet. Kwatery o Panie! Na Kwatery. Namiot, zimna woda, o ile będzie, pełno piachu, ciuchy nadające się już jedynie na kolejny festiwal, zniszczone obuwie. Nie, nie, nie. Nawet Pan Mąż woli iść do kina, posiedzieć w domu, pojechać na grilla, na ognisko. Chociaż kultura masowych imprez zyskuje w naszym kraju więcej plusów pod względem organizacji, to  chyba już mnie męczy ten wieczny tłok, daleko położone pola namiotowe, wieczne kolejki do pustych półek sklepowych.

Czasami włączam głośno muzykę. Otwieram balkon...a co tam! Niech sąsiedzi słyszą. Może im także się przypominają hity szalonych nocy :). To taka mała moja oznaka buntu przed dorosłością. Dziś otwieram drzwi balkonu, koty radośnie się przeciągają, a ja tańczę na bosaka i śpiewam z Roisin. To muzyka, która zawsze będzie mi się miło kojarzyć. Często identyfikuję pewne zdarzenia z piosenkami. Łatwiej mi wtedy zapamiętać jedno i drugie. Uśmiech przypłynął na moją zmęczoną słońcem twarz. Kiedy spojrzałam w lustro, to nie widzę drastycznej zmiany, różnicy pomiędzy mną teraz, a tą która szalała w ciemnym klubie z kumpelami. Teraz jedynie chyba jestem bardziej rozpieszczona życiem. Dobrym życiem. Szczęśliwym, zdrowym związkiem, miłością, któtra jest wokół mnie. Już nie muszę skakać ze wszystkimi w rytm muzyki. Dzisiaj sama gram dla siebie ulubione hity :)


Komentarze

Popularne posty