czwartek, 10 września 2015

Babie lato tuż, tuż...

Ciepłe wieczory odchodzą w zapomnienie. Siedzenie na balkonie nie sprawia już tak wielkiej przyjemności. Komary odeszły a z nimi osy i trzmiele. Nie widać i nie słychać leśnych przyjaciół. Drzewa, które sąsiadują z naszymi oknami zaczynają się mocniej kołysać, a wieczorami pobłyskują fioletami i czerwienią. Niebo przestaje być błękitne, a tabuny chmur towarzyszą nam przez cały dzień. Niestety ten moment zawsze musi nadejść. Co roku skrada się niepostrzeżenie i zaskakuje, chociaż nie chowam nigdy ciepłych swetrów. Jakbym przeczuwała, że ta nasza polska pogoda potrafi być strasznie zmienna, wietrzna, burzliwa. Synoptycy obiecywali piękny wrzesień. Jeszcze co prawda nie widać jego końca ale pierwszy tydzień uznaje za jesienny. Nostalgia i melancholia zaczyna się wkradać w codzienne bytowanie. Odpalam jazz i ulubioną płytę Sade. Już niebawem zima i plucha, brrr. Staram się o tym nie myśleć, ale strach przed mrozem czasami wygrywa. 

Zaczynam jednak widzieć plusy odkładania naszej wycieczki na wieczne potem. Przedłużymy sobie słoneczne wakacje. Docieplimy serducha i wygrzejemy stopy w ciepłym morzu. Po ponad roku nareszcie podróż poślubna. Nie tak to sobie wyobrażałam, ale chyba bywam zbyt krytyczna. Tak, stanowczo bywam krytyczna. Przecież ja nie lubię niespodzianek. 

Tymczasem poranki naprawdę zaczynają być uciążliwe. Ciągną się jak roztopiony ser i nagle booom! południe, a szlafrok nadal utrzymuje się na ramionach. Książka za książką biegnie jak szalona. Kończą się tytuły, a natłok informacji zbieram wieczorami w jeden wór i zaczynam podpisywać "na później". Coraz ciężej zwlec się z łóżka a każde przejście obok sypialni przymyka powieki. To świetny znak, że lato się skończyło. Smutek wkrada się w me lwie serce. Chyba jednak jest coś z tymi znakami zodiaku. Złocista grzywa lepiej wygląda na tle słońca, a koziorożec jednak bardziej pasuje do zimowej aury i wypoczynku w górach. Koty jak to koty, przesypiają całą dobę i wszędzie znajdą sobie miejsce na odpoczynek. Mają swoje fanabarie i przeszkadzają czasami w czytaniu, pisaniu, ale mam wrażenie, że stają się nieobecne. Zwijają się w małe kłębuszki i zapadają w trzygodzinny sen. Powtarzają tą czynność chyba trzy razy by wieczorem zasnąć razem z nami i obudzić się po 6.00. Nie wyobrażam już sobie domu bez kotów. Grzeją przyjemnie nogi kiedy uchylam balkon, albo grzecznie kładą się obok, gdy piszę i się uczę. Przyjemniej z nimi pracować. 

 
The sweetest taboo Sade tak pięknie brzmi, kiedy za oknem pada deszcz. Kilka chwil w podskokach i nabieram nowych sił. Walka z jesienią to także małe porządki w muzycznych playlistach. Odchodzą na inną pogodową aurę energetyczne kawałki. Wracam do ukochanego jazzu i starego twardego brzmienia trąbki i kontrabasu. Miles i jego Autumm Leaves idealnie kołysze i wprowadza w wyśmienity nastrój przy filiżance ciepłej kawy. 








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każda opinia jest dla mnie ważna :)