środa, 2 września 2015

Wierzę w cuda! Bajkowa moc bursztynu.

Nasz nadbałtycki skarb. Nim ustalono genezę jego powstania krążyły o nim legendy. Kleopatra podobno paliła go jako kadzidło. W wierzeniach germańskich nazywano go Lukstein - moc rysia. Nazwa bursztyn pochodzi jednak od niemieckiego wyrazu Boernstein, co oznacza palący się kamień. To doskonale oddaje wygląd typowego bursztynu, bo od dawna kojarzy się on z kolorem płynnego miodu. Pamiętajmy jednak, że tak naprawdę to nic innego jak skamieniała żywica, więc może występować także w innych kolorach. Słowianie kamień ten nazwali Jantarem i do dzisiaj taka nazwa także funkcjonuje szczególnie w nazewnictwie kosmetycznym i medycznym. 

Ten najbardziej szlachetny, rudy kojarzy mi się z moją kochaną babcią. Miała kiedyś bransoletkę 
i pierścionek, właśnie z rudym kamieniem, który lśnił z słońcu. Kiedy byłam małą dziewczynką 
i pierwszy raz wracałam z kolonii znad morza, przywiozłam kilka małych bursztynków do domu na pamiątkę. Babcia bardzo się ucieszyła i powtarzała mi, że to tak samo cudowna rzecz jak ten paskudny aloes, który biednie spoglądał na mnie z parapetu w kuchni. Byłam zaskoczona jak można trzymać tak brzydki kwiat w domu. Dziś sama chętnie wyhodowałabym sobie takiego leczniczego przyjaciela. Babcia była moją najlepszą przyjaciółką. Zawsze mogłam liczyć na jej pomoc i cenne rady, nawet te sercowe. To była naprawdę cudowna kobieta. Mam cichą nadzieję, że moja mam będzie kiedyś tak samo cudowną babcią dla swoich wnuków. Kiedy wyciągałam z sakiewki moje małe cudeńka, to właśnie babcia pokazała mi niesamowitą sztuczkę. Porwała na malutkie kawałeczki kartkę papieru, na której spisywała namiętnie numery totolotka, potarła kamyczkiem o głowę 
i przyłożyła do papierowego skrawka. To co ujrzały me oczy było niesamowite. Ten mały kamyczek działał na papier jak magnes. Kolejno robiła tak z następnymi kamyczkami. Po całym procesie dwa zostały odrzucone. Pan na straganie sprzedał mi oszukane dwa bursztynki. Wyglądały podobnie, ale bardzo możliwe, że było to mocno oszlifowane szkło. Nie tylko tego dnia babcia pokazała mi magiczną moc bursztynu, ale także opowiedziała dlaczego nosi zawsze z niego bransoletkę i po co jej ten brzydki kwiatek na oknie, na którego zresztą miałam uważać i najlepiej nie dotykać.
Babcia powiedziała mi, że ta bransoletka na dłoni daje jej siłę i zdrowie. Dzięki niej czuje się lepiej 
i ma dobre ciśnienie. Rzeczywiście, kiedy czytam o mocy bursztynu wiele artykułów opisuje jego lecznicze działanie. 

Ja sama mam jeden pierścionek z bursztynem, zielonym, ale nadal prawdziwym. Dostałam go od mamy, na szczęście. Ona uwielbia żaby. Zawsze je rysowała na luźnych karteczkach, kalendarzach, nawet na końcu moich zeszytów. W domu były żaby w postaci talerzyka, kubka, figurki, doniczki 
i wielu, wielu innych rzeczach. 

Z przyjemnością go noszę, bo jest bardzo oryginalną ozdobą. Świetnie wygląda na tle białych ubrań 
i oczywiście w słońcu, kiedy to może pobłyskiwać swoim naturalnym blaskiem. 

Na drugą rzecz z bursztynem skusiłam się ostatnio. Jestem w fazie zapuszczania włosów, więc przede mną walka z nieujarzmionymi pasmami przy uszach i wielkim kapturem włosów nad czołem. Obcięcie włosów na krótko to był całkiem dobry pomysł. Potrzebowałam zmiany, a moje włosy były popalone rozjaśnianiem i po przejściach stresogennych. Po 9 miesiącach noszenia wygodnej krótkiej fryzurki stwierdziłam, że nastał moment kolejnej zmiany i pofarbowałam je na ciemną czekoladę. Rudości odeszły w nicość, a szkoda bo pewnie idealnie podkręciłyby wartość tekstu o bursztynie. Dziś ten złoty przyjaciel zanurzony w podobno fenomenalnym kosmetyku, jakim jest wcierka ma pomóc mi w utrzymaniu ich w zdrowej kondycji, wzmocnij i przede wszystkim stymulować ich wzrost.

Producentem jest firma Farmona. Miałam już kilka kosmetyków tej marki, a kiedy zobaczyłam na półce w Biedronce wcierkę Jantar pomyślałam, że musi być moja i będzie idealnym sprzymierzeńcem w walce o zdrowe loki.  Produkt był tani, kosztuje mniej niż 10 zł, a producent obiecuje, że kuracja 3 tygodniowa przyniesie duże efekty. Po tych 21 dniach należy przestać stosować produkt i można kurację powtórzyć po kilku dniach odpoczynku. 
Produkt jest całkiem duży, bo flakon wykonany ze szkła mieści w sobie 100 ml włosodajnego płynu.
Jedynym minusem jest sposób aplikacji przy tym opakowaniu. Producent wskazuje, że produkt należy wsmarowywać w skórę głowy, dla uzyskania najlepszego efektu. W tym niestety nie pomaga brak pompki, atomizera w produkcie. Szukam aktualnie jakiegoś pustego flakonu po mgiełce, aby ułatwić sobie to zadanie. Dzisiaj był 1 dzień wcierania. Z uwagi na paskudną aurę za oknem, nie wyjdę z domu przed południem i troszkę bojąc się efektu gluta na głowie wtarłam Jantar rano. Włosy są miękkie jak po jedwabiu, zapach prawie niewyczuwalny, a konsystencja taka hmm, troszkę tępa. Na dłoniach nie pozostawia filmu jak jedwab, a uczucie szorstkości, podobne do uczucia, jakie miewam używając szamponu Radical. O efektach będę informować na bieżąco i mam nadzieję jej ujrzeć po 30 dniach przygody z produktem. 




Uda się, uda się, uda się. Po 30 dniach będą długie włosy. Oby tylko efekt nie przypominał tego z filmu "Miś" po użyciu szamponu Samson. Może polecacie jakiś produkt, który pomaga w zapuszczaniu włosów? Chętnie wypróbuję też coś innego, bo przede mną długa droga do wymarzonej fryzury.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każda opinia jest dla mnie ważna :)