Z pamiętnika cykora

Tak, jestem cykorem. Boję się egzaminów i generalnie bezpieczniej czuję się w miejscach, które znam i z ludźmi, którym ufam. Czasami myślę, że to przez fakt nie posiadania rodzeństwa. Może gdybym miała młodszego brata lub siostrę, musiałabym być za nich od wczesnych lat odpowiedzialna to miałabym powera do podejmowania nowych wyzwań. Może gdybym miała starsze rodzeństwo, to tak bym od nich dostawa w kość za przysłowiowego "dzieciaka", że nie bolałyby mnie zachowania innych ludzi, nie działałyby na mnie ich krytyka i puste słowa, a nowe sytuacje traktowałabym na luzie.
 Kiedy tylko wiem, że będę oceniana, to marzę o nagłej chorobie, która nie pozwoli mi się wygramolić z łóżka. Nie cierpię przezywać takiego stresu. Nawet kiedy jestem wykuta, potrafię sama się zaprezentować, znam wiele przykładów zastosowania teorii, mam w tym praktykę,  to sam czas egzaminu zasiewa we mnie pustkę i niewyobrażalne uczucie strachu, że nie udzielę prawidłowej odpowiedzi. Potargana perfekcjonistka? Nie, właśnie nie. Po prostu, lubię jak coś się dobrze układa i wolę omijać stresujące sytuacje.
Wiem, wiem, przesadzam. Już się sama tego dowiedziałam. Przejechałam się kilka razy na pewnych sytuacjach, kiedy zależało mi na dobrej opinii współrozmówcy, egzaminatora, nawet koleżanki. Niestety okazywało się później, że tylko mi zależy na dobrym efekcie, a druga strona ma to dosłownie"gdzieś" i nawet nie słucha bo pewnie myśli "wiem to lepiej", "ciekawe co na obiad", "a w HaeMie chyba ruszyły wyprzedaże". Po takich kilkuset pewnie sytuacjach nareszcie dojrzałam do przekonania o własnych wartościach, zaakceptowałam, że perfekcyjna we wszystkim nie będę nigdy i że to jest atrybut robotów. Kiedy już wszystko się wyrównało, pokonałam pewne słabości, zlikwidowałam pewne przeszkody, rozpoczęłam tzw. "miłe i spokojne życie" pojawiła się nowa nieznana wcześniej sytuacja. Miła sytuacja, jednak wielce stresująca. Tak wielce, że obejrzałam już miliony tutoriali na YT, wypytałam o wszystko najlepszą przyjaciółkę i przez cały wczorajszy wieczór "molestowałam" pytaniami Pana Męża. 

W poniedziałek wylot na upragniony urlop. Tak, wylot. Jupi! Wspaniale! Nareszcie! Kurcze, wylot...

Podobno latanie jest przyjemnie, bezpieczne, komfortowe, szybkie. Ja to wszystko wiem i rozumiem, ale jednak to unoszenie się w chmurach i bynajmniej nie bujanie w obłokach. Zupełnie inne pakowanie walizki, inne rozłożenie czasu na dojazd na lotnisko, odprawę. Inna perspektywa podziwiania drogi, bo z lotu ptaka. Czuję się tak, jak gdybym miała iść do dentysty. Wspaniale, że nareszcie udało się znaleźć fajną ofertę, wszystko jest w końcu dograne, ustaną ciche dni, wypoczniemy, odprężymy się przed nowymi wyzwaniami, ale jeszcze trzeba będzie przylecieć... 
To już latanie razy dwa. 

Nie przesadzaj! Myślą pewnie Ci, którzy latali w swoim życiu już kilka, kilkanaście, albo kilkaset razy. Płakałam na diabelskim młynie! Bo było za wysoko, za wolno i jeszcze w dodatku widziałam wszystko z góry. Plan narazie jest taki:  musimy się zaopatrzyć w dobrą i wciągającą książkę, krzyżówki i maksymalnie odstresować przed poniedziałkowym porankiem. Ja się denerwuje a Pan Mąż nie może doczekać, kiedy będzie w fotelu pasażera. Pocieszeniem jest z pewnością fakt, że zamiast całego dnia jazdy autokarem będziemy już po niecałych dwóch godzinach na miejscu. Podróż nie będzie tak długa i okrutna, a przede wszystkim ominiemy cudowną węgierską gościnność i stanie na granicy. Drugi plus jest taki, że z naszej dwójki tylko jedna osoba się boi. Zawsze ta druga będzie ją wspierać czyli w tym wypadku będę wspierana. Oczekuję wsparcia :). Poza tym jak będzie dobrze, to z pewnością szybko zachcemy wybrać się w kolejna podroż, także oby było dobrze!


Tak, tak to oznacza dużą ilość przywiezionych zdjęć z podroży i pewnie płacz po wylądowaniu z powrotem. Jedno z marzeń nareszcie się spełnia. 


Komentarze

Popularne posty