piątek, 5 lutego 2016

Początki bywają trudne, ale warto ciężko pracować. Zima w górach.

Każdy, kto zna mnie osobiście jakiś czas, wie doskonale, że jestem latolubna. Zima wyklucza mnie ze wszystkiego. Nie lubię uczucia zimna na skórze, nie lubię wyjeżdżać zimą, bo taplanie się w śniegu po kolana jest fajne ale tylko przez kilka godzin. Nigdy też nie byłam na prawdziwych feriach zimowych i nie uprawiałam zimowych sportów. Przecież nie będę do nich zaliczać zjazdów na sankach, czy sporadycznego wyjścia na łyżwy. Kiedy znajomi zaproponowali nam wspólny tydzień z całkowicie zorganizowanym przejazdem, wyżywieniem i noclegami, a do tego w bardzo atrakcyjnej cenie, nie wahaliśmy się ani minuty. Szybka decyzja, szybka organizacja. To lubię najbardziej. Sama nie sądziłam, że ferie w Zakopanem będę wspominać z wielkim uśmiechem na ustach i z głową pełną pomysłów na kolejny wyjazd w te rejony. To była moja pierwsza zima w górach. Tydzień wydawał się optymalnym czasem, a dodatkowo udało się nam w świetnych cenach dorwać podstawowe stroje na narty, kaski i bieliznę termiczną. Bez tej ostatniej nie przeżyłabym w górach. 
Długa droga i to dodatkowo autokarem!  nie wróżyła nic dobrego, ale towarzystwo dopisało i prawie bez żadnych problemów udało mi się przespać połowę czasu podróży. Niesamowite w jakiej pozycji można spać w autokarze ;). Wyjazd był zaplanowany na godzinę duchów, a na miejscy byliśmy po godzinie 9.00 i już czekało na stołach śniadanie. Jeżeli będziecie szukać przyjemnego miejsca w dobrej cenie w górach to z czystym sumieniem serwuję linka do strony Pod Giewontem. Z ekipą wyszło nas 8 osób i to właśnie nam przydzielono pokoje obok pensjonatu, lecz wcale z tego powodu nie narzekaliśmy. Mieliśmy domek praktycznie tylko dla siebie, a posiłki i spotkania z grupą oddalone były kilka kroków dalej. Podczas wyjazdu jedyną denerwująca rzeczą było noszenie nart. Nie przypuszczałam, że ten sprzęt waży swoje, a w szczególności buty. Moje krótkie palce nie były zbyt przydatne przy dźwiganiu tobołów na stok i z powrotem do autokaru. Codziennie serwowano nam różnego rodzaju przejazdy na stoki, w tym także na Słowację do Bachledowej Doliny. Niestety jestem zbyt świeżym narciarzem, aby pozwolić sobie na szusowanie w Słowacji i ten własnie dzień spędziłam w bardzo przytulnym barze ;). Wcale z tego powodu nie narzekałam, bo większość obsługi zna świetnie polski, a tamtejsze piwo smakuje wybornie. Koniec końców mogę przyznać, że umiem już hamować, skręcać i zatrzymywać się bezpiecznie. Ponadto nauczyłam się szybkiej jazdy "na frytki" i bezpiecznego upadania, chociaż przy nim nadal wypadają mi kijki z rąk. Jeden dzień nerwów, kiedy to Pan Mąż próbował być nauczycielem i jedna godzina kolejnego dnia, kiedy to specjalista, w osobie sympatycznego Mirka okazał się być najlepszym nauczycielem. Kochanie, proszę nie ucz lepiej nikogo nauki na nartach. Teraz żałuję, że to tylko tydzień i że dopiero przed trzydziestką zdecydowałam się na naukę jazdy na nartach. To piękny i wymagający dobrej koordynacji i niezłej kondycji sport. Dodatkowo po wielkim wysiłku fizycznym góralskie jedzenie smakuje obłędnie, a ja  wkrótce polecę Wam kilka miejsc wartych odwiedzenia. Tymczasem kilka fotek z pobytu. Dziś już wiem, że nie ostatniego zimą. 




















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każda opinia jest dla mnie ważna :)