Tu miał być post o górach, a jest o czarnej serii i strachu przed ciężarówką

Cztery dni. Cztery dni temu wróciliśmy z Zakopanego. Cztery dni temu świat był piękny, szczęście emanowało z nas i oślepiało swoim blaskiem, wypływając z naszych szklistych oczu i szerokich uśmiechów. Cztery dni temu aż chciało mi się biegać na boso po śniegu.

Dziś. Dziś jest kolejny dzień czarnej serii? Powroty bywały wspanialsze, ale przecież nie wybieramy sobie łatwej przeprawy przez  życie ciągnąc los na loterii. Bierzemy to co nam ten wspaniałomyślny los daje. Nam od czterech dni daje nieźle w kość!

Zaczynając od początku. 

Ten post miał się pojawić w poniedziałek. Miał, ale nie pojawił, bo byłam tak zła, że miałam jedynie ochotę na wieczorny serial i przytulenie się do poduszki. Wczoraj sytuacja wyglądała podobnie. Zaczynam poważnie rozważać kupienie 10 losów totolotka aby sprawdzić, czy szczęście do mnie nie wróci. Po powrocie z Zakopanego i po odebraniu kociaków od "babci" zdołaliśmy przejechać kilka kilometrów naszym karawanem i padł....po prostu padł...z nami w środku, z kociakami w koszu i z całym bagażnikiem wyładowanym po brzegi torbami. Całe szczęście, że w Tym mieście, każdy ma blisko i pojawił się nasz wybawiciel, który bezpiecznie dostarczył lekko zdegustowanych Nas pod drzwi domu. Rzeczy martwe w końcu mają to do siebie, że się psują, więc trzeba je naprawić i po kłopocie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zbliżający się poniedziałek.
Poniedziałek. Ten dzień nie należał do najlepszych. Poranek rozpoczął się od prób połączenia się z infolinią dostawcy prądu, który sobie notabene robi niezłe jaja nie wysyłając od 3 miesięcy faktur. Swoją drogą chciałabym być informatykiem, administratorem, bo oni to mają całkiem niezłą pracę. Przy problemach trwających prawie pół roku nadal nie mogą sobie poradzić z ich usunięciem ze strony zdalnej obsługi Klienta i wciąż pozostają przy tym anonimowi. Dostawca prądu przed zmodernizowaniem strony zlikwidował większość punktów Obsługi Klienta i został jedynie numer składający się z ciągu tych samych cyfr, aby cała Polska próbowała dodzwonić się do niego oczywiście w tym samym momencie. Całkiem sprytny plan sprawdzenia ile osób i tak pozostanie przy aktualnej umowie. Konkurencjo, nie śpij!
P.S. Podobno Ci najlepsi informatycy wyjechali dawno temu do USA ;). Jaka płaca, taka...
Ten dzień już zwiastował, że dostawcy różnej maści będą mi włazić za skórę. Diabeł się ucieszył, bo akurat na TEN poniedziałek wypadła data przejścia mojej osoby po wielu latach umów, do innego operatora sieci komórkowej. Zamienił stryjek siekierkę na kijek? Fioletowy podkoszulek zdjęłam więc i założyłam różowy. Myślałam wcześniej jak to będzie fajnie itp, a tu boom! do dnia dzisiejszego nie mam aktywnej karty. Dobrze, że w telefonach jest WI-FI i mogę chociaż w niektórych miejscach mieć kontakt z Panem Mężem. Problemy techniczne...ech problemy techniczne....dla mnie problemy psychiczne. Trzeci dzień bez telefonu...trzeci dzień bez mojego numeru, trzeci dzień, kiedy mogłabym odebrać jakiś ważny telefon. Do tego wszystkiego niemiła Pani urzędniczka, strata czasu na mieście, wyrwane 2 godziny z życia spędzone na nieudanych próbach restartu telefonu. Karta nadal niezarejestrowana w sieci...poniedziałek.

Armagedon myślałam! 
Myślałam tak do wczoraj....bo wczoraj to już się koniec świata wydarzył i dziś boję się wyjść z domu. 
Wtorek, niby zwykły dzień. Dobrze, że po poniedziałku. Taka miła odmiana, powietrze pachnie jakoś tak przyjemnie. Plecy wyprostowane, garda uniesiona, koty przytulone do nogi. Czas zrobić kawę i coś zjeść. Śniadanie mija miło, wciąż jednak bez zasięgu sieci. Kurdę, nie mogę nawet zadzwonić do mamy, ani ona do mnie. Oj, zostałam wystawiona na jakąś wielka próbę cierpliwości. Wstaję, aby odnieść pusty kubek do zlewu, koty wpadają rozbawione do pokoju. Przebiegają przed moimi nogami, biegną dalej w kierunku sofy i stolika kawowego. Oczywiście to mały Salem goni Janka. Zazwyczaj tak to wygląda u nas w domu. Janek zwinnie przebiega nad stolikiem, Salem niestety nie jest w stanie przeskoczyć całego, więc z całym impetem odbija się od pustego talerzyka po kanapkach i ląduje tuż za Jankiem. Talerzyk natomiast leży już na podłodze, razem z moim Iphonem. Podnoszę obydwa i wracam do szykowania się. Dopiero po kilku chwilach, kiedy chcę coś napisać Panu Mężowi, kalecząc się przy odblokowaniu ekranu w palec, zauważam co się stało po upadku. Normalnie płakać się chce. Czarna seria trwa, a los szydzi ze mnie i zwija się w kłębach śmiechu. Wyświetlacz został zmasakrowany. Na szczęście telefon jest ubezpieczony. Na szczęście. W tej chwili zaczynam cieszyć się z tej różowej koszulki i napawam się optymizmem, że w końcu nastąpi dzień, kiedy odzyskam mój numer telefonu. 
Dziś jest środa. Noc była przyjemna i spokojna. Oprócz lekko wylanej kawy z kubka na stolik nocny nie wydarzyło się jeszcze nic złego. Wychodząc z domu mam zamiar założyć na lewą stronę chociażby skarpetki. Może to przyniesie szczęście. Dzisiaj musi się to wreszcie skończyć. 
Jutro czwartek. To będzie miły czwartek. To będzie tłusty czwartek. Będzie też post o górach.

...ale dziś będę uważała na przejściach dla pieszych. 

Miłego dnia! 






Komentarze

Popularne posty