poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Kobieta zmienną jest! Jak kształtował się mój styl, czyli życie z dystansem do siebie.

Takiego życia uczę się i nauczyć się do końca go nie mogę. Jak można mieć dystans, skoro nadal walczy się ze swoimi kompleksami. To nóżki za krótkie, to udka za duże, to pupa na J.Lo, to nieprzyjaciel na twarzy wyskoczy, to włosy nie takie jak wczoraj. Podobno wiele osób ma tak, że najlepiej wyglądają i czują się, kiedy nie muszą niczego załatwiać, pędzić na spotkanie, do urzędu, na egzamin. Po prostu siedzą w dresie na kanapie i czuja się pięknie. Ja wam mówię, coś w tym jest. Kiedy nie mam żadnych ale to absolutnie żadnych planów to czuję się jak księżniczka, a gdy tylko mam gdzieś wyjść, czeka mnie pół dnia biegania po mieście, mam coś do załatwienia, to jestem Muminkiem. W okresie wiosennym to już absolutnym Muminkiem, jak nie paszczakiem! Nie dość, że moja skóra wariuje, kręgosłup strzyka od zmian pogody, to jeszcze te wszędobylskie pyłki. Normalnie latające tornado Coolturkowej zagłady. Pan Mąż twierdzi, że jestem uzależniona od kupowania. Przyznam mu rację, w ten sposób poprawiam sobie humor. Chociaż i on nie powinien narzekać, bo zawsze coś i jemu skapnie z tych zakupów. Szczególnie wiosną latam jak oszalała po sklepach, przeszukuję moje okoliczne second handy, kupuje nowe kosmetyki, testuje różne olejki. 

Z tego miejsca pragnę wyrazić swoje zadowolenie, chyba jedno z nielicznych mieszkania w mniejszym, mieście. Second handy mamy tutaj wyśmienite. Jak jeden się zamyka, to otwierają się dwa kolejne, ale przyznaję, cenowo jest pięć razy taniej niż chociażby w stolicy. Nawet lecąc na przegląd resztek można złapać kilka świetnych łupów. Kiedyś, gdy byłam nastolatką wstydziłam się faktu, że noszę coś z second handu. Zresztą tak się nie mówiło na tego typu sklepy. Panowały okreslenia: szmateks, szmatki, ciucholand, lumpeks, lump. Szczególnie to pierwsze i ostatnie określenie brzmiało niezbyt fajnie. Jak tu koleżance z ławki odpowiedzieć, że ma się na sobie spódniczkę denimową typu lambada ze szmateksu, a nie z Astorka. Astorek to był taki mały sklepik, do którego wszystkie dziewczynki wraz z mamami tłumnie wybierały się w soboty na zakupy. Ja z moją mamą chodziłam tam rzadziej, a jak tam zaszłysmy, to po rajstopy, ewentualnie coś praktycznego, typu "coś na apel", Nie byłam typową dziewczyńską panienką, strojnisią w sandałkach. Wolałam biegać z chłopakami po drzewach, grać w króla, w zająca, no ewentualnie później grałam w gumę lub bawiłam się na kocyku pod blokiem lalkami Barbie, ale to były sporadyczne zabawy. Mój styl w tamtym czasie był do opisania w trzech słowach: adidasy, polówka, spodenki. W gimnazjum ewoluował na: adidasy, bojówki, bluza, a w liceum mieszał się delikatnie z bardziej kobiecymi bluzkami. Szerokie spodnie, jak najszersze! to był obowiązek. Mama łapała się za głowę, kiedy w sklepie krzywiłam się podczas mierzenia wąskich. Szerokie spodnie i dopasowana góra, do tego Superstary albo Hakery i to byłam cała ja. Czasami pojawił się jakiś mocno wyciągnięty sweter typu, za duży dwa rozmiary, ale to była rzadkość.
A Sukienki? Pojawiły się wraz z pierwszym chłopakiem. To był środek liceum i zaczęłam spoglądać na spódniczki i sukienki bardziej przychylnym okiem. Buty na koturnie, wysokie sandały, topy odsłaniające ramiona. Wcześniej nie zwracałam na nie uwagi w sklepie. Zawsze wydawały się być -nie dla mnie. Jak ja mam to niby połączyć ze szwedami albo bojówkami, heh?! Ten niepewny styl kształtował się wiele lat. Ulegałam jakimś drobnym pokusom, zawsze kupowałam coś z nowych kolekcji, ale teraz jestem najbardziej zadowolona, że wraca do łask po prostu wszystko. Każdy ma dowolność w stroju dziennym. Trendy mieszały się ze sobą tak długo, że powstało wiele możliwości, dozwolonych kombinacji. Ubrania z second handu to już nie szmaty, a perełki. Stare sukienki po babci, takie z poliestru w mocne wyraziste mazaje są mega modne. Zamszowa kurtka dziadka, obszerne bluzy mamy jeszcze z czasów jej młodości w pastelowych kolorach, leginsy o najróżniejszych fakturach materiału i słabo wykończone koszule...to wszystko jest modne! Oczywiście nadal ubranie się w lateks od stóp do głów pewnie spowoduje śmiech na ulicy, ale sukienka jak koszula nocna, spodnie z aksamitu, marynarka w kratę o pudełkowym kroju jak po babci, koszula z kokardą pod szyją, przezroczyste buty już tego efektu nie wywołają. Mężczyźni w rurkach, albo dzwonach kiedyś wywoływali salwy chichotu, a dziewczyny w skórzanych spódniczkach mini kojarzyły się tylko z jedną grupą społeczną. Szorty odsłaniające pośladki nie były zbyt odpowiednie dla nastolatki, a facet w różowym polo byłby szykanowany za inną orientację.  Ludzie byli szufladkowani przez to jak są ubrani. Te ubrania były zaszufladkowane. One były odpowiednio kojarzone z odpowiednimi ludźmi, ich poglądami, religią, pochodzeniem. Teraz nie ma szufladkowania przez strój, no chyba że w mniejszych mieścinach. W takich nie ma zrozumienia dla postępowości świata, liczy się tylko własny ogródek i produkowanie klonów. W większych miastach, w sieciach sklepów trudno odróżnić dział męski od damskiego i damski od dziecięcego. Tak się porobiło! Każdy może ubrać to, na co ma ochotę, a ludzie stali się bardziej świadomi swojego ciała. Mamy wręcz przesyt pewnych siebie osób. Każdy jest tak indywidualny w swoim indywidualizmie, że czasami, oczywiście dla osób w odpowiednim wieku, może się to wydawać śmieszne. Dla osób w pewnym wieku...hah dla trzydziestolatków wychowanych w innym świecie,w  innej Polsce, w mniejszym mieście, w małym ogródku :). 

 

Można?! Można! Ja w trzech wariacjach. Pierwsza taka w sumie prawie codzienna, druga taka w sumie codzienna, trzecia także taka w sumie codzienna. Ta sama osoba, trzy różne style, trzy  zupełnie inne osoby można by pomyśleć. 


 Podziel się swoją opinią :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każda opinia jest dla mnie ważna :)