czwartek, 23 czerwca 2016

Bawełniana rocznica, czyli czy szczęśliwi naprawdę czasu nie liczą?

21 czerwca to niesamowita data w moim życiu. To data która utkwi na lata w pamięci i chociaż nie był to nasz pierwszy ślub to właśnie tej nocy wirowałam w białej sukni, Pan Mąż elegancko machał muszką po północy, goście pili Wyborową, pruły się spodnie, zdzierały fleki obcasów i jak nigdy dotąd smakował mi tort. 
Wiecie, że to już dwa lata?

Dwa lata temu także i tutaj pojawił się post o tematyce ślubnej, a do tej pory dorobiliśmy się dwóch wspaniałych kocurów. Są po prostu niesamowici. Kupki mają pewnie tak samo śmierdzące jak dziecięce, jedzą jak stado krów, bałaganią jak cała banda przedszkolaków i całe szczęście, że nie potrafią mówić, bo pewnie bylibyśmy właśnie na etapie "a dlacego?". No właśnie i to nie o kotach, ale o czasie macierzyństwa, oczekiwaniach rodziców i wiecznym dorastaniu dzieci będzie ten wpis. 

Pytania o dzieci, sugestie mamy i teściowej, że lata lecą..., wieczne wysłuchiwanie która kuzynka to już nie urodziła i jaka jest szczęśliwa z tego powodu to chleb powszedni każdej młodej żony. Ten Wasz uśmiech i spojrzenie w kierunku drzwi, na zegarek, znowu w drzwi.Też tak macie? Może miałyście? Jeżeli myślicie, że oczekiwania rodziców względem Was kończą się wraz ze zmiana nazwiska, wyjazdem, przeprowadzką, świetnym wykształceniem i jeszcze lepszą pracą, to...mylicie się. 
Rodzice jak się okazuje względem swoich dzieci są niczym szef wielkiej korporacji.Taki szef ma wieczny niedosyt. Zawsze planuje wasze działania, chociaż z uśmiechem motywuje do pracy i wspiera w wykonywaniu obowiązków, to i tak zawsze żąda raportu końcowego. Tak oto przyjmij do wiadomości, że po dwóch latach małżeństwa, każde święto będzie obfitowało w takie oto życzenia "..i oczywiście dzieci zdrowych i szybko i już teraz natychmiast życzę". No właśnie. Mina zrzedła? Wszystko byłoby ok jakieś 20 lat temu. Może nie bylibyśmy w wieku prokreacyjnym, a głównym marzeniem był obóz latem, nowy plecak, buty Sprandi, ale w głębi duszy każda dziewczynka marzyła o przyszłości u boku ukochanego mężczyzny i oczywiście to miała być ta pierwsza miłość, bo inaczej się nie liczy. Do tego gromadka dzieci, pies, wielkie akwarium z rybkami, domek na wsi, etc.. 
Jak się okazuje w rzeczywistości wpadając w wiek 18 lat nie w głowie nam rodzina, stabilizacja, domki czy nawet zwierzęta. Liczy się zabawa, przekraczanie granic, kolejna pierwsza miłość. Czy ktoś słyszał o monogamii?! Dzieci? Jakie dzieci! Ja chce jeszcze jechać na wolontariat, zmieniam pracę, nie mogę, bo mam już zaklepany trip ze znajomi po Stanach, ale z kim te dzieci?
No właśnie. Tyle wymówek można sobie nagle przytoczyć. Wymówki są dobre, ale często to po prostu wykręcanie się od prawdziwej odpowiedzi. Po prostu nie chcę. Dobrze mi tak jak jest, długo to budowałam/em. Zbyt szybko to może runąć. 
Z drugiej strony wiele par chce mieć dzieci i nawet szybko się o nie starają. Czasami zbyt szybko. Rodzice nie zawsze są zadowoleni, bo akurat w tej chwili mieli inne oczekiwania wobec swoich latorośli. Studia podyplomowe byś zrobiła, ale jak to tak szybko, przecież jesteście ze sobą tylko od roku, wujek miał ci staż dać w swojej firmie, a ty teraz z brzuchem. Czy to jest właśnie odpowiedź? Widzicie to ukryte dno? 
Za każdym razem rodzicie chcą być najważniejsi. Nawet jeżeli chodzi o wasze własne życie to oni zawsze wiedzą lepiej, a dzieci mają w sobie gigantyczny pierwiastek buntu i jak słyszą A to robią B. To byłoby zbyt łatwe, ale no ja to tak widzę. Serio! Widzę, że coś w tym siedzi. 
Rodzicielstwo to mega obowiązek, wielka odpowiedzialność i sama osobiście podziwiam osoby, które się na nie decydują. Jestem tak samo w pełni przekonana, że to po prostu nie dla mnie. Nie teraz. Trzeba czuć szczęście we wszystkim co się robi. Ja tym szczęściem wolę się cieszyć u innych. Czasami to mam ochotę nawet powiedzieć "dajcie mi spokój" i ruszyć w świat. Okres buntu przed trzydziestką chyba mnie dopada.  
To tak na koniec do sedna. Minęły dwa lata od ślubu, a nawet dwa i pół, a my jak byliśmy szczęśliwi, tak szczęśliwi pozostajemy we dwoje. Piękne jest to, że związek może naprawdę przybierać formę partnerstwa, wspierania, pomagania sobie, czułości i oddania. Patrzę na to nasze wspólne życie przez pryzmat siedmiu lat i widzę, że wiele się od siebie uczymy, wiele o sobie wiemy i wiemy wiele o swoich charakterach. Nie brakuje tu kłótni. Nie jest to jednak odgrzewana pizza, z twardym spodem i nieświeżym serem, ale za to obficie posypana składnikami, żeby pięknie wyglądała. Jest zaufanie i przyjaźń. Bo w małżeństwie trzeba umieć się przyjaźnić. To czasy, gdy nie ma autorytarnych podziałów na role. Każdy ma rolę ważną i uniwersalną, a ważny jest szacunek i sprawianie sobie wzajemnie przyjemności. Nie ma przymusu, jest inspiracja. Czasem jest krzyk, bo jesteśmy jak duże dzieci. Istnieje także ważny podział: wspólnie spędzony czas, czas tylko dla nas, czas na przyjaciół i czas dla rodziny. Najważniejsze jest jednak to, że obydwoje zgadzamy się w jednym aspekcie. Najistotniejsze jest nasze wspólne szczęście. Resztę się pokoloruje później. 




Podziel się swoją opinią :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każda opinia jest dla mnie ważna :)