wtorek, 4 kwietnia 2017

Lubię to! 5 kosmetyków, które skradły początek 2017 roku.

Jak każda kobieta lubię testować nowe produkty i mam kilka swoich sprawdzonych trików urodowych. Co roku obiecywałam sobie, że w mojej pielęgnacji zajdą zmiany, że będę lepiej dbała o włosy, czy zdrowe odżywianie. Rynek kosmetyczny zalewają nowe produkty i przeglądając konta społecznościowe czasami dostaję kociego ryjka patrząc na piękne opakowania, czytając opinie zadowolonych dziewczyn i oczywiście moja lista zakupowa przez to wydłuża się do rozmiaru 3 metrów. Mamy początek kwietnia 2017 roku, a ja mam szafkę zawaloną wieloma produktami i listę kosmetyków, które chciałabym sprawdzić. Przez te trzy pierwsze miesiące nie zmieniło się jednak kilka rzeczy. Poniżej zestawienie 5 rzeczy, które od trzech miesięcy są moimi pewniakami.

1. Hybrydy. 
O tym cudzie(według mnie) trwałego manicure pisałam już na blogu o TU. 
Kolory znajdujące się na zdjęciu i pyłek od Indigo to absolutne hiciory z mojego kuferka. Efekt metalmanix potrafi zaskoczyć, ale muszę jeszcze dopracować jego aplikację. Wciąż mam problem ze znikającym miejscami pyłkiem po przetarciu ostatniej warstwy z Top'em. Pyłek nakładam na Top No Wipe Semilac, a na koniec zabezpieczam Top Hard z NeoNail. Niestety przynajmniej dwa paznokcie zawsze nadają się do poprawy. Nie zmienia to jednak mojego zdania, że ten pyłek jest przepiękny i robi wrażenie WOW! Na wiosnę zaopatrzyłam się w kolory od Semilac. Szczególnie Pink&Violet skradł moje serce. W zależności od światła, jego kolor jest bardziej różowy lub fioletowy. Drugi kolor, Olive Garden idealnie wygląda w połączeniu z bielą, różem, fuksją i fioletem. W mieście, w którym mieszkam jest w zasadzie jedno miejsce, gdzie zaopatruję się w lakiery hybrydowe, resztę muszę zamawiać przez internet. Gdybym miała sugerować się zdjęciami na stronach pewnie doznałabym szoku po odpakowaniu przesyłki. Lakiery hybrydowe Semilac kupicie za 29,00 zł przy pojemności 7ml, a pyłki Indigo Metalmanix Chameleon to koszt 29,00 zł, chociaż ja mój stacjonarnie zakupiłam za 34,00 zł. 




2. Pomadka ochronna do ust.
Nigdy nie należałam do fanek pomadek ochronnych. Med Repair od Nivea zmieniła moje podejście w kwestii ochrony ust. Sprawdziła się nie tylko podczas uprawiania sportów zimowych, ale jest też idealną bazą do wszelkich matowych szminek i lakierów do ust. Nie ma drażniącego zapachu, nie zbiera się w kącikach ust i wystarczy jej lekka warstwa aby mieć uczucie komfortu. Dodatkowo pomadka ma SPF 15 i estetyczne białe opakowanie. Od początku roku jest zawsze w mojej torebce, a jej koszt to mniej niż 10 zł. 


3. Peeling do ciała.
Ten peeling znam od dłuższego czasu i chętnie do niego wracam. Ma niesamowity zapach i dobry, naturalny skład. Wiem, peeling można wykonać samemu w domu i pewnie niebawem sama to sprawdzę. Do tego z Nacomi będę jednak wracać z uśmiechem. Połączenie masła Shea, olejku pomarańczy i cukru to dla mnie idealny początek dnia. Taki peeling serwuję sobie dwa razy w tygodniu. Skóra po nim jest gładka i pięknie pachnie, jedyny minus to film, który pozostaje po spłukaniu peelingu wodą. Czy widzę poprawę jędrności skóry? Pewnie efekty zawdzięczam codziennymi ćwiczeniami. Raczej należę do osób, które nie zwracają uwagi na obietnice producentów co do utraty wagi, wyrównania skóry z cellulitem albo nagłego wygładzenia zmarszczek. Peeling Nacomi zazwyczaj zamawiam w sklepie internetowym, a jego koszt to jakieś 16,00 zł za 100 ml. 




4. Krem do rąk.
Chyba każda z nas ma ich kilka w domu. U mnie jeden stoi na stoliku nocnym, drugi jest w łazience, trzeci w torebce, a pewnie jeszcze dwie sztuki leżą w szafce i czekają na swoją kolej. Mam problem suchych dłoni, przesuszających się skórek i wystarczy chłodny wiatr aby stan skóry moich rąk wołał o pomoc. Jakiś czas temu otrzymałam krem Lirene olejkowe serum z serii Dermo Program. Krem znalazł się w paczce jaką wygrałam śledząc Studio Kobiet na Youtube. Ten krem jest naprawdę warty polecenia! Skóra po nim jest gładka, wręcz jedwabista, ma przyjemny zapach i zmienia kondycję skóry moich dłoni. Już po pierwszym użyciu można się z nim polubić. Zawiera olejek arganowy, olejek babassu i masło Shea. Rzeczywiście bardzo szybko się wchłania i jest wydajny. Niebawem sama zakupię kolejne opakowanie, bo to jeden z lepszych kremów jakie miałam okazję stosować. Przede wszystkim nie uczula mnie i nie podrażnia, a skóra moich dłoni jest naprawdę wymagająca. Z tego co się orientowałam to można go zakupić za 10,99 w sieci sklepów Rossmann, a jego pojemność to 75 ml. 



5. Kolor na ustach.
Mała rzecz a cieszy. Do tego bardzo tania i matowa, czyli coś, co kocha większość kobiet. Mowa tu o cudeńku od Bell z serii Mat Liquid Lips. Mój kolor to numer 2. To kolor jasnego różu, lekko pudrowego, chłodnego. Pomadka nie ściąga ust, może bardziej bym się skłaniała aby nazwać jej wykończenie welwetowym. Szybko zasycha, ma ładny, jasny kolor i jest całkiem trwała (jakieś 3-4 godziny) jak na produkt, który można kupić w Biedronce. Szafa w tym markecie często pustoszeje, bo Bell naprawdę wypuściła kilka fajnych kosmetyków. Opakowanie nie powala, ale nie można też tu zarzucić, że jest bardzo złe. Aplikator jest ścięty i całkiem przyjemnie się nim rozprowadza produkt. Ja zawsze nakładam dwie warstwy. Nieustannie jest w mojej torebce i idealnie zakolegowała się z Nivea Med Repair. Pomadki Bell występują także w wersji błyszczyków i można je zakupić za 8,99 zł. Cena jest super!




Aktualnie szukam dobrego balsamu do ciała, maski do włosów i tuszu do rzęs. Lista jest oczywiście jeszcze dłuższa, ale to są produkty pierwszej kolejności zakupu.

Dajcie znać, czy znacie produkty, których sama z uśmiechem używałam przez ostatnie trzy miesiące. Miłego dnia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każda opinia jest dla mnie ważna :)