piątek, 5 maja 2017

Witaj majowa jutrzenko! Jak bardzo nie radzę sobie podczas samotnych podróży?

Weekend majowy mamy już za sobą. W tym roku niektórzy mogli mieć  nawet pięć dni odpoczynku i o ile pogoda nas nie rozpieszczała, to miło spędzony czas w dobrym towarzystwie zrekompensował niską temperaturę na termometrze. Pan Mąż miał wiele rozgrzebanych projektów, a ja zmęczona chandrą i alergią postanowiłam wybrać się do mojej przyjaciółki, która mieszka obecnie w Poznaniu. Widujemy się kiedy tylko możemy i raczej nie jesteśmy typem wiszących na telefonie, ale kiedy trwoga to do...jednej albo drugiej. Zawsze możemy liczyć na siebie i swoje szczere zdanie. Kiedy miałabym zabrać ze sobą kogoś na bezludną wyspę i gdyby to nie mógł być Pan Mąż, to z pewnością wcisnęłabym do walizki moją przyjaciółkę. Ponarzeka, pomarudzi, pośmieje się, przytuli, a kiedy trzeba to da kopniaka i zagoni do roboty. Z taką to do tańca i konie kraść! 





 Tak więc cała sobota i niedziela była nasza. Powolne snucie się w piżamach do 12.00, mocne jak smoła kawusie, rozmowy, spacery i wieczory przy winie. Moja psiapsióła od ponad roku jest weganką i generalnie jej współlokatorzy także, więc i ja postanowiłam się dopasować do diety roślinnej. Nie musiałam rezygnować z serka na śniadanie i lodów o smaku Michałków, ale koniec końców przez cały pobyt nie tknęłam mięsa, ani ryby. Całe szczęście Poznań słynie z wielu lokali, które serwują pyszne jadło z kuchni roślinnej i akurat większość z nich była na Jeżycach, gdzie w starej kamiennicy spędzałyśmy miło wieczory i poranki. To już drugi rok z rzędu, kiedy trafiłam na Pyrkon. Tłumy ludzi przebranych w cospleyowe stroje umilały nam nasze poznańskie wędrówki i cieszyły oko podczas spacerów szczególnie w pobliżu Dworca Głównego. Jestem pełna podziwu do zdolności i wyobraźni niektórych osób. Niekiedy miałam wrażenie, że mijam osoby z innej planety. Nie, nie udało się nam spotkać Krzyśka Gonciarza. Chociaż chętnie strzeliłabym sobie z nim fotkę i przybiła piąteczkę. Uwielbiamy kanał Krzysztofa i często oglądamy jego Vlogi. Tymczasem strzeliłyśmy sobie fotki pod gofrownią, gdzie jadłam najpyszniejszego gofra na świecie!!! Snickers dodatkowo z bitą śmietaną! Chociaż moja przyjaciółka nie mogła go tknąć, ani nie znalazła w menu nic dla siebie, to zrozumiała dlaczego nie powstrzymałam się przed publicznym pochłanianiem tony cukru posypanej słonymi orzeszkami, czekoladą i karmelem. Słodki przystanek. 




To nie pierwszy raz kiedy byłam w Poznaniu na kilka dni, ale pierwszy wypad, podczas którego zaliczyłam Muzeum Narodowe w Poznaniu. Dodatkowo jeżeli nie wiecie tego jeszcze, to na zwiedzanie wystaw stałych w soboty macie wjazd FREE. Z czystym sumieniem mogę polecić spędzenie dwóch godzin własnie tam. Nawet jeżeli nie jesteś zagorzałym fanem sztuki, to docenisz kunszt malarstwa, sztukę rzeźbienia i z całą pewnością dojrzysz dzieła sztuki, które przypomną Ci lekcje historii w podstawówce. To była czysta przyjemność i dobry sposób na oderwanie myśli oraz kontakt ze sztuką z najwyższej półki. Do tego lody i kawa po wyjściu z muzeum, obiad wege w pysznym Wypasie, rozmowy o Islandii ze znajomym i oczywiście na koniec babski wieczór z maseczkami i winem. Miałyśmy szczęście dostać w drogerii maseczki Pilaten i wypróbować, czy rzeczywiście tak mocno oczyszczają pory. Potwierdzam, ściąganie tej maseczki to niezbyt przyjemne uczucie, a minidepilacja jest częścią wpisaną w formułę tej czarnej, zastygającej mazi. Z pewnością nie jest to produkt, dla osób mających cerę wrażliwa.  Skoro maseczkowe szaleństwo trwało w najlepsze, to oczywiście nie mogło zabraknąć jakiegoś filmu. postawiłyśmy raczej na mocniejsze kino i obejrzałyśmy dobrze oceniony thriller since fiction Ex Machina i kolejny w podobnym klimacie, Arrival. 




 Coco nie załapał się na maseczkę. Jemu raczej jest niepotrzebna. Ten słodki pyszczek rekompensował mi brak kocurów i oczywiście spał w nogach. 



Wypad nie mógłby się oczywiście skończyć ukazaniem mojej wrodzonej zdolności do siania paniki i szybkiego zdenerwowania. Tuż przed samym wyjazdem nie dość, że spóźniłam się na tramwaj, to dodatkowo kolejny był przesiadkowy, a ja miałam jedynie bilet na 10 minut. Fakt, że wyjeżdżałam z Poznania pierwszego Maja nie sprzyjał kupieniu kolejnego biletu, a akurat na przystanku przesiadkowym nie było biletomatu. Jak pech to po całości! Możecie sobie wyobrazić jak wyglądałam jadąc pięć przystanków na przysłowiową "gapę", a moja psiapsióła musiała znieść serię smsów o treści: "nie dam rady, nie mogę.", " wiesz, że ja tak nie potrafię", "mam wrażenie, że oni wszyscy wiedzą", "oczywiście nie było biletomatu i nikt nie ma biletu do odsprzedania". Biedna. Podejrzewam, że śmiała się i płakała jednocześnie nad moim losem. To nie pierwszy raz, kiedy moje dramatyczne przeżycia związane z podróżowaniem spadały na jej ramiona. Kiedyś prowadziłam nas na skróty,...ale to chyba historia na inny raz.  Na szczęście dojechałam na przystanek docelowy o czasie i mogłam spokojnie wrócić na Kujawy. Tuż po powrocie pospiesznie ruszyliśmy ze znajomymi na przejażdżkę rowerową, a dokładniej mini maraton, który pozwolił nam pokonać dystans 49 km. Emocje z pechowego poranka zostały wyjeżdżone. 



Mam nadzieję, że wasz "wolny" weekend przebiegł wspaniale i był okazją na odstresowanie się i spędzenie miło czasu w gronie najbliższych. Tylko gdzie ta wiosna?!






Będzie mi miło poznać Ciebie bliżej, komentarz można pozostawić na dole strony klikając w tytuł posta :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każda opinia jest dla mnie ważna :)